niedziela, 10 lipca 2011

Dzikie Tatry

Pewnie każdy z nas zadał sobie kiedyś pytanie: Jaka jest najlepsza pora na wyjazd w Tatry. Odpowiedzi jest tyle ile potrzeb, ale często pojawia się słowo: ALE.






Dla miłośników sportów zimowych, wspinaczki w lodzie będzie to sezon zimowy, najlepiej grudzień-marzec. ALE w grudniu tłumy turystów, ponadto zagrożenie lawinowe, psujące zabawę halne… wszystko się może zdarzyć. Dla miłośników ciepła i komfortu wspinaczki w skale to lipiec-sierpień. ALE za tłumy na szlakach, kolejki na łańcuchach, brak miejsc w schroniskach, nagłe burze i trzeba uciekać. Dla lubiących przede wszystkim piękno i spokój najlepsze są n.p. maj i październik, ALE pogoda też lubi się zasnuć mgłą i chmurami na kilka dni, więc trudno się zmotywować wyjść z przyjemnie pustego schroniska.







ALE właśnie dlatego ludzie kochają góry, bo są przewidywalne, ale nigdy do końca. I to one zawsze stawiają kropkę nad „i” każdego wyjazdu. Dlatego chcę dziś napisać o górach, które potrafią mimo wszystko zaskakiwać. Będzie tu o kilku dniach spędzonych z Michałem w połowie czerwca w Tatrach.
To, co o tej porze cieszy to brak tłumów. Większość ludzi to szkolne wycieczki, które kończą trasę w okolicach schronisk i wracają spać do Zakopanego. Zostają w schronisku wieczorem ludzie, którzy mają co powiedzieć o górach i o sobie. Ludzie bez wielkich nazwisk i wyczynów, ale bogaci w małe przygody (pozdrawiam serdecznie!). To co jest również dużym plusem, to że jest już ciepło, śnieg już tylko w poszarpanych płatach przypomina o zimie wiedząc o swym rychłym końcu tegorocznego istnienia.
Ten wyjazd był też dużym znakiem zapytania. Było słonecznie, zapowiadały się jednak burze, co mogło krzyżować plany. Postanowiliśmy wykorzystać maksymalnie ile się da z tego pobytu. Przyjechaliśmy o 5.30 do Zakopanego, niewyspani i jeszcze trochę rozleniwieni chcemy jechać do Łysej Polany i przejść najkrótszą trasą z kominami do „Piątki”. Górale, ludzie znani od zawsze jako łasi na dutki, oczywiście pierwsze busy proponują grubo po 6-stej i to jak się pojawią turyści. No chyba, że bus-taxi za niebagatelną kwotę. Tak więc trzeba się było obudzić i zmodyfikować plany. Poszliśmy pieszo do Kuźnic, tamtędy na Halę Gąsienicową, szlakiem przez Krzyżne do Doliny Pięciu Stawów. Uznaliśmy tą trasę za najprostszą i nie najdłuższą z uwagi na kilogramy na plecach. Na szlaku było wyjątkowo pusto. W ciągu całego dnia spotkaliśmy kilku turystów. Ponadto był gorący dzień jak na góry, dopiero od stanięcia na przełęczy Krzyżne zaczął wiać chłodny wiatr, ale widoki były bajeczne. Po drodze Michał spotkał świstaka a potem łasicę, które idąc jako pierwszy mi przepłoszył i sam też nie zdążył zrobić zdjęcia.





Nie szkodzi, reszta wyjazdu nam to zrekompensowała. Kolejnego dnia byliśmy już przed 5-tą na szlaku. Oczywiście brak ludzi, lekko chłodne powietrze, ale i tak ładna pogoda. Najpierw spotykamy rodzinę kozic, które najpierw nie zwracały na nas większej uwagi, a gdy i my (po udanej sesji zdjęciowej) zaczęliśmy się oddalać, one zrobiły to samo. Tego samego dnia spotkaliśmy jeszcze w 3 różnych miejscach świstaki, z czego 2 przy samym zwykle często uczęszczanym szlaku. Jeden świstak, który położył się na kamieniu i zdawał się być bardziej zainteresowany naszą obecnością nawet niż my nim, sprawiał wrażenie jakby sam miał zaraz wyciągnąć aparat. Pozostałe jednak, były dość zaskoczone naszą tak wczesną obecnością w pobliżu ich norek. Innego dnia, idąc już granią Tatr Zachodnich, również spotkaliśmy o takiej porze zdziwione świstaki. Nawet się nie spodziewałam, że tak wysoko mają też nory. Poza tym potwierdziła się zdobyta gdzieś wcześniej wiedza, że świstaki zakładają domy blisko szlaków, bo ich wrogowie czyli orły i niedźwiedzie też się boją ludzi. Ten świstak to ma jednak łeb do interesów.
Wędrując tak od wczesnych godzin porannych, pierwszych ludzi zaczęliśmy spotykać na szlakach od około 9-10, gdy mieliśmy już chyba najlepsze przygody za sobą. Pogoda wynagrodziła nam wczesne wstawanie dobrą pogodą do południa, a gdy już wróciliśmy do schroniska po kilku już godzinach łażenia rozpoczynały się dopiero burze. Jednego tylko dnia skróciliśmy trasę, bo burza zaczęła się zbierać już koło południa.
Jeśli podsumować naszą działalność górską, to były: Przełęcz Krzyżne, Szpiglasowy x 2, Wrota Chałubińskiego, Kozi Wierch, Wołowiec, Jarząbczy, Jakubina, Kończysty. I zupełnie pop-turystycznie na Słowacji wjazd na Łomnicę, gdzie też nam dopisało szczęście, bo „startowaliśmy” w chmurach, a na szczycie chmury odsłoniły nam uroki Tatr Wysokich i Bielskich.
No i opowiedziałam o przygodzie, już mi się marzy kolejny taki czerwiec. Pewnie przez to upublicznienie naszego wyjazdu w przyszłym roku, gdy o 5-tej będę wychodzić ze schroniska, będę to robić ostatnia. Będę czekać w sznurku ludzi by wejść gdzieś wyżej, i stojąc na końcu kolejki przeklinać pod nosem, że po co mi było się tak rozpisywać na blogu…Także wszystko co powyżej potraktujcie jako żarcik, zdjęcia to fotomontaż ;-D










PS. Część zdjęć... *by Michał

2 komentarze:

  1. Jaka jest najlepsza pora na wyjazd w Tatry ?
    Dla mnie to każda pora, byle spędzić tam chociaż dzień, chociaż chwilę ;)

    Forest (...)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się tytuł dzikie Tatry... :) Ja w zimie raczej odpuszczam Tatry, nie czuję się jeszcze na tyle żeby udawać się w takich warunkach gdzieś wysoko :)

    OdpowiedzUsuń